Czuję się jak najbardziej popierdolona osoba w całym wszechświecie. Wszyscy sa normalni tylko ja mam coś nie tak z mózgiem. Może jak byłam mała moja matka niechcący upuściła mnie i to wszystko co się dzieje jest tylko następstwem jakże nieszczęśliwego wypadku? Prawde mówiąc mam nadzieję, że tak właśnie jest, bo jeśli nie to oznaczało by, że moja nienormalność wynika za mnie i jest tylko i wyłącznie moja winą. No i kogo miałabym w tedy oskarżac o całe zło? W życiu nie słyszeliście o tak wrednej, egoistycznej, nieżyczliwej, zazdrosnej osobie z obsesją na własnym punkcie. Mam znajomą, która od jakiegoś czasu jest na diecie i wszyscy gratulują jej jak bardzo schudła i świetnie wygląda. Tylko ja jestem maksymalnie wkurwiona, no bo jak to? Ona chudnie, a ja tyję?! Jak to możliwe?! Dzieś w którym stanie się chudsza odemnie będzie ostatnim dniem mojego życia, bo wtedy się zabiję. Poważnie, nie ścierpiałabym tego, że ona, zawsze grubsza mogłaby być chudsza. W ogóle nie wytrzymałabym niebycia najchudszą osobą wśród znajomych. I co, how fucked up am I, right? Tłumaczę się przed soba samą że to przez moje obsesje i nie do końca wyleczone ED. Właściwie to o jakim wyleczeniu ja mówię. Nadal jestem tak samo popierdolona na tym punkcie jak byłam, tylko że teraz stałam się leniwa i mi się nie chce nic robić. Stałam się słaba, cholernie słaba, a byłam zajebiście silna. Ha. Jak to teraz wspominam to aż mi się łezka w oku zakręciła. To były piękne czasu, chociaż moja matka zapewne wspomina je z gęsią skórką, bo, podobno, wyglądałam mega chudo. Jestem nienormalna ale tak strasznie chciałabym żeby to wróciło. Czasem mam wrażenie że robię to co robię żeby móc nienawidzić samej siebie. W sumie, to bardzo możliwe. Pisałam kiedyś bloga pro ana, ale to już przeszłość bo wszystko się tam popsuło, no i ja zdałam sobie sprawe z żałosności większości. I swojej. Mam dwa tygodnie do jebanej studniówki i jak do nie nie schudnę to sie kurwa powiesze na sznurówkach co to by trochę dramatyzmu było. Powodzenia w życiu. Enjoy.
Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat. Fat.
In this moment, all I can say about myself is FAT.
Kiedyś dzięki temu, nie wiem nawet do końca jak to nazwać, ruchowi czy może stylowi życia (choć niektórzy powiedzieli by sekcie) udało mi się bardzo schudnąć i przez pewien krótki czas być względnie szczęśliwą. Oczywiście potem wszystko się pojebało, no bo jakże miało by być inaczej? Anyway, chciałam zaznaczyć, że nie wracam do "pro any", nie jestem i nigdy do końca nie byłam jednym z Motylków, które to Ana trzyma mocno za rączkę i nie chce puścić. Nie, nie, to nigdy nie byłam ja. Moja wersja tego wszystkiego była znacznie bardziej pokręcona, ale o tym może kiedy indziej jeśli w ogóle. W każdym razie, jak już wspomniałam dzięki tamtemu udało mi sie schudnąć i równocześnie spierdolić sobie życie, chociaż cały czas mam wrażenie, że nie jest ono do końca spierdolone. Widzicie, mam taka malutką nadzieję, że coś się jeszcze zmieni i to na lepsze, bo za zmiany na gorsze bardzo serdecznie dziękuję. Wiem co musze zrobić żeby się lepiej czuć i zrobię to. Muszę zapanować nad swoim jedzeniem, schudnąć wystarczająco żeby znów względnie dobrze czuć sie ze sobą. Ale zdecydowanie i choćby niewiem co nie wracam do "tamtego". Widzicie, z jakiś dziwnych, bliżej nieokreślonych (ale pierdolę głupoty) powodów odczuwam wstręt, obrzydzenie przed wypowiedzeniem chociażby tych słów czy napisaniem ich. Oczywiście nie jestem aż tak naiwna żeby sądzić że ktoś kiedyś przeczyta moje zapiski, ale gdyby jednak to zamieszczam taką małą legendę - ile razy będę pisac o "tym" nie będę miała na myśli seksu ale no... to (pro anę).
Ps. Wybiła godzina zero - dokładnie za tydzień mam studniówkę. Musze do niej schudnąć, ale nie określam sobie wagi i postaram się nie ważyć przez ten tydzień. Będę bazować na samopoczuciu.
Pamiętam to dokładnie jakby wydarzyło sie wczoraj. Dzień w którym moja matka ze mną wygrała i na swoją zgubę zaczęłam jeść. Częściowo zrobiłam to dla niej żeby sie już tak nie przejmowała, częściowo moją maksymalnie skoncentrowaną uwagę odwrócił mały kociak, który pojawił się w domu. Zresztą, lubię myśleć że uratował mi życie, bo niewiadomo gdzie byłabym teraz gdyby nie on. Może już dawno temu byłabym martwa, kto wie. Anyway, jadłam, roztyłam się, bla, bla, bla. Ale koniec z tym bo oni nie zasługują na moje poświęcenie. Dziś od bardzo dawna poczułam się wreszcie sobą. And you know what? It taste really fucking good. Więc dziś jest mój wielki comeback czy coś. Nie wiem, pierdole od rzeczy, ale nie to jest ważne. Wpadłam na pojebany pomysł tak btw. Kupie wenflon i wbije sobie w ucho. Innymi słowy zrobie sobie sama kolczyk. Co wy na to?
Love you all guys, as much as I love myself. Oh, sorry, I forgot I hate myself, soo... xD