Dlaczego moje życie musi być takie popierdolone? Dlaczego za każdym razem jak jem czuję się jak świnia. Gruba, spasiona świnia. Przecież jedzenie to normalna rzecz, wszyscy jedzą i większość nie zwraca właściwie w ogóle uwagi na to co wklada do ust. Liczy się tylko smak. Wybierają to co lubią najbardziej, ewentualnie to co jest tańsze. Ale kto normalny kupuje jogurt który mu mniej smakuje i jest dwa razy droższy tylko dlatego, że ma mniej kalorii? Kto normalny czuje się tak podle jak zje dwa sezamki? Dlaczego to muszę być ja? Właściwie to sama jestem sobie winna, sama się w to bagno wpakowałam. Wydawało mi się, że będę wspaniała, że będę miała kontrolę, że nie wywrze to najmniejszego wpływu na moją psychikę. A tu psikus. Stało się, jestem pokręcona. Oh, no i tu nawet nie chodzi o to, że nie jestem wstanie jeść. Nie, nie. Ja jem, jem jak prosiak. Obżeram się i tyję. Spodnie które wcześniej ze mnie spadały, SPADAŁY, teraz trzymają się całkiem nieźle, wręcz opinają uda. Zapomniałam też że mam coś takiego jak kości biodrowe. A mam? Właściwie nie wiem, nie widzę ich. Ani troszkę. Co jeszcze utraciłam? Coś czego może nigdy w oglóle nie miałam. Obiektywny krytycyzm wobec samej siebie. I tu zaczyna się część o naprawdę niezłej paranoii, wierzcie mi, chcecie ten fragment przeczytać. Więc teraz, po wszystkich wydarzeniach, nie wiem co jest prawdą, a co jest wywołane przez.. pewnie zespół procesów, chorób i ludzi. Otóż jedna możliwość jest taka, że nie jestem gruba tak jak mi się wydaje, wszyscy którzy mi to cały czas powtarzają mają świętą rację, a mnie wydaje się że jestem gruba i w jakiś przedziwny sposób to widzę ponieważ jestem pieprznięta w mózg i powinno się mnie zamknąć. Tylko tu pojawia się pytanie jakim cudem moge mieć aż takie halucynacje? Druga opcja jest taka, że jestem gruba, widzę prawdę, odbicie w lustrze, oknach, szybach wystawowych (taak, sprawdzam w każdym jak przechodzę) nie kłamie. Ludzie którzy mówią mi że jestem chuda kłamią bo: zazdroszczą, są złośliwi, nie chcą żebym była chudsza bo oni nie potrafią, mają inne standardy chudości albo sie martwią że się zagłodze jak dowiem się prawdy o swojej grubości. No i musze przyznać, że jestm w kropce. Który wariant wybrać? Chorą wariatkę, czy zdrową, ale wariatkę bo sobie uroiła (czy ktoś zdrowy może być przekonany o tym że jest chory?) że jest chora? Co gorsza nie wiem która opcję wybrać. Obie są równie beznadziejne. W jednej jestem chuda ale trafiam do psychiatryka, w drugiej jestem gruba i nic na to nie poradzę + jestem psychiczna. Ciężki wybór. Tak więc moje życie jest przejebane i bez sensu. Po jaką cholerę grać, udawać itp? Tylko tu pojawia się właśnie ten problem. Skoro chcę przestać to właściwie jestem nikim, bo nie wiem, za cholerę nie wiem kim jestem. Można by się jeszcze zabić ale jak chyba widac jestem zbytnim tchórzem, leniwym tchórzem, żeby się zabić. Poza tym może jeszcze coś dobrego czeka mnie na tym świecie? Szczerze w to wątpię, ale jeśli podąrzać by tokiem rozumownia, że ja nigdy nie mam racji, to skoro twierdze, że już nic mnie dobrego nie spotka to się mylę i spotka. I tu pojawia się pytanie czy sądząc tak znowu się nie mylę? Przejebane.
Every fucking time!