This is not a fucking pro ana blog.

Kiedyś dzięki temu, nie wiem nawet do końca jak to nazwać, ruchowi czy może stylowi życia (choć niektórzy powiedzieli by sekcie) udało mi się bardzo schudnąć i przez pewien krótki czas być względnie szczęśliwą. Oczywiście potem wszystko się pojebało, no bo jakże miało by być inaczej? Anyway, chciałam zaznaczyć, że nie wracam do "pro any", nie jestem i nigdy do końca nie byłam jednym z Motylków, które to Ana trzyma mocno za rączkę i nie chce puścić. Nie, nie, to nigdy nie byłam ja. Moja wersja tego wszystkiego była znacznie bardziej pokręcona, ale o tym może kiedy indziej jeśli w ogóle. W każdym razie, jak już wspomniałam dzięki tamtemu udało mi sie schudnąć i równocześnie spierdolić sobie życie, chociaż cały czas mam wrażenie, że nie jest ono do końca spierdolone. Widzicie, mam taka malutką nadzieję, że coś się jeszcze zmieni i to na lepsze, bo za zmiany na gorsze bardzo serdecznie dziękuję. Wiem co musze zrobić żeby się lepiej czuć i zrobię to. Muszę zapanować nad swoim jedzeniem, schudnąć wystarczająco żeby znów względnie dobrze czuć sie ze sobą. Ale zdecydowanie i choćby niewiem co nie wracam do "tamtego". Widzicie, z jakiś dziwnych, bliżej nieokreślonych (ale pierdolę głupoty) powodów odczuwam wstręt, obrzydzenie przed wypowiedzeniem chociażby tych słów czy napisaniem ich. Oczywiście nie jestem aż tak naiwna żeby sądzić że ktoś kiedyś przeczyta moje zapiski, ale gdyby jednak to zamieszczam taką małą legendę - ile razy będę pisac o "tym" nie będę miała na myśli seksu ale no... to (pro anę).

Ps. Wybiła godzina zero - dokładnie za tydzień mam studniówkę. Musze do niej schudnąć, ale nie określam sobie wagi i postaram się nie ważyć przez ten tydzień. Będę bazować na samopoczuciu.